O czym nie mówi się kandydatom na architekturę? cz. 1.

Kandydat na architekturę często postrzega zawód architekta jako trochę owiany mgiełką efektu niesamowitości. Architekt często jest postrzegany jak człowiek renesansu –  ktoś wybitnie utalentowany, wszechstronny, niemal ponadprzeciętny w każdej dziedzinie. Realia jednak wyglądają co najmniej inaczej i właśnie o tym warto mówić wprost. Chociażby o tym, że studia są niesamowicie szerokie w moim odczuciu, a w niewielkim stopniu przygotowują do realiów zawodu architekta.  Zacznijmy jednak od początku.

Kandydat na architekturę a studia

To są studia, czyli z samej definicji opierają się o samodzielne zdobywanie wiedzy. Po około 12 latach edukacji szkolnej, w której ktoś prowadził nas za rękę, a od ucznia oczekiwano głównie dopasowania się do schematu i klucza odpowiedzi, następuje zderzenie ze ścianą: tutaj trzeba nauczyć się uczyć samemu.

Nauka tutaj jest podzielona na semestry, a zajęcia przyjmują różne formy: wykłady, ćwiczenia i laboratoria. Tylko że mało kto mówi studentom, że często już od początku mają dostęp do sylabusów gdzie jest dostęp do opisów przedmiotów, formach ich zaliczeń, a także bibliografii z której możemy się uczyć. Do tego dochodzi biblioteka, która teoretycznie daje dostęp do potrzebnych materiałów. Teoretycznie, bo w praktyce najważniejsze książki znikają z półek już w pierwszym tygodniu semestru i bywają niedostępne przez wiele miesięcy. Wtedy zostaje tylko czytelnia.

Kandydat na architekturę a realia zajęć

Nie zapominajmy, że są jeszcze takie rzeczy jak wejściówki czy wyjściówki (kartkówki przed rozpoczęciem i po zakończeniu zajęć). Aby sprawdzić czy się jest przygotowanym na zajęcia i tak. Nikt za bardzo nie uprzedza o takich rzeczach i jeśli chodzi o sam kierunek architektury nie jest to forma aż tak popularna jak na innych kierunkach.

Pamiętam jak na swoich pierwszych laboratoriach z geologii miałam zrobić profil przekroju ziemi.  To były jeszcze czasy przed AI. Prowadzący wtedy oczekiwał, że umiemy takie coś zrobić i nie zamierzył czegokolwiek tłumaczyć. Dał tylko pustą kartkę z kilkoma punktami. Uczucie bezradności oraz pytanie: co ja właściwie robię na tym kierunku? – pojawia się częściej, niż mogłoby się wydawać. 

Albo wykłady z matematyki gdzie uczyliśmy się całek, które tylko na tych konkretnych zajęciach były potrzebne bo w życiu architekta to wiedza nieprzydatna.  Ale skoro uczelnia jest techniczna, to ten przedmiot musi być w programie. Pamiętam też zdziwienie prowadzącego, kiedy okazało się, że na sali liczącej prawie 300 osób tylko kilka wiedziało, czym jest pochodna i jak ją liczyć. To pokazuje oderwanie uczelni od realiów i poziomu, z jakim przychodzą studenci. A uczenie się rzeczy, które później okazują się zawodowo zbędne, nie jest przecież niczym nowym.

Podsumowując: uczelnia to nie jest miejsce, w którym ktoś po prostu Cię nauczy. Prowadzący często mają własne cele, a czasem zwyczajnie nie mają ochoty kształcić swojej przyszłej, młodszej konkurencji. Mogą ewentualnie otworzyć Ci drzwi do wiedzy, ale nie kopną Cię przez nie tak jak w szkole. Oczywiście wszędzie są wyjątki. 

Kandydat na architekturę a zdrowe podejście

Uczelnia daje przede wszystkim możliwości:  dostęp do wiedzy, do zasobów, do ludzi i do środowiska. Pamiętam, jak świeżo ukazała się książka do programu, którego się uczyłam. Gdy zapytałam o nią w bibliotece, a nie było jej na stanie, zamówiono kilka egzemplarzy i byłam pierwszą osobą, która je wypożyczyła. Zasoby dostępne w bibliotekach to niesamowita kopalnia wiedzy i rezygnowanie z nich to zwyczajnie błąd.

Studia trzeba traktować tym czym naprawdę są: 

to miejsce gdzie uczysz się sam, masz dostęp do wiedzy, możesz do niej dostać wskazówki, ale najważniejsze poznajesz ludzi. którzy staną się Twoim otoczeniem zawodowym bardzo często już po zakończeniu studiów. I to właśnie te relacje bywają jedną z najcenniejszych rzeczy, jakie wynosi się ze studiów.

Wchodzisz na własną odpowiedzialność